„Siedem osób i jedna mapa”

Nazywam się Stanisław Kowalik, z zawodu jestem geodetą i całe dnie spędzam z mapami, więc może dlatego zawsze ciągnęło mnie do gier, w których mapa jest bohaterem. Przez lata grałem sam albo z bratem, aż brat wyprowadził się na drugi koniec kraju i zostałem z pudłem figurek, które nie miały z kim walczyć. Kartkę zawiesiłem jesienią, kiedy w oficynie przy Wolności zwolnił się pusty lokal, a właściciel kamienicy wolał, żeby ktoś w nim bywał.
Pierwszy wieczór skończył się źle, ale to od niego mamy kartę gildyjną. Drugi był lepszy, na trzecim ktoś przyniósł czajnik, na czwartym ktoś inny zrobił tabliczkę z numerem stołu. Zanim minęły pierwsze tygodnie, przychodziło po dziesięć osób, a ja przestałem wiedzieć, kto jest gościem, a kto gospodarzem. Wtedy zrozumiałem, że gildia się udała.
Dziś zaczynamy czwarty sezon. Regularnie zagląda około czterdziestu osób, na zwykły wtorek przychodzi dwadzieścia. Są wśród nas mistrzowie gry, którzy znają na pamięć wszystkie scenariusze, i uczniowie, którzy dopiero uczą się, czym różni się tura od rundy. Dla mnie ważniejsze od liczb jest to, że nikt nie wychodzi z klubowni z uczuciem, że nie pasuje.



